Z hummusem jest jak z zupą pomidorową. Niby żadna filozofia, przepis prosty i klarowny - jednak nie jadłam dwóch takich samych pomidorówek.
Podobnie z hummusem. Nie będę się rozpisywać na temat historii, odmian i legend z nim związanych. Powiem tylko, że to pasta rodem z Libanu a jej podstawą jest ciecierzyca. Odmian ma mnóstwo - właściwie tyle ile nam starczy fantazji, bo możemy do niej dodać wszystko - od avocado po buraki. Niemniej jednak podstawowa wersja to: ciecierzyca, czosnek, tahini (pasta sezamowa), sok z cytryny i oliwa z oliwek. I gdzie w tak prostym przepisie miejsce na różnice? Otóż, z osób które znam hummus robię ja i Miranda. I to są dwa zupełnie różne hummusy, naprawdę. A różnica bierze się z bardzo prostej rzeczy - sposobu przygotowywania czosnku. Ja dodaję pieczony - wrzucam go na chwilę, w łupinkach, do piekarnika. Miranda dodaje surowy. Mój jest łagodniejszy, Mirandy ostrzejszy, bardziej wyrazisty. Można dobrać do okazji.
Przepis (choć, jak pisałam nie ma tu głębszej filozofii):
ćwierć kilo ciecierzycy - z puszki lub nie. Jeżeli nie z puszki, wcześniej trzeba namoczyć, najlepiej na noc i ugotować)
kilka ząbków czosnku (w zależności od upodobania) - pieczonego lub nie
dwie łyżki soku z cytryny
łyżeczka tahini (opcjonalnie)
Oliwa z oliwek (ile wypije)
Ciecierzyce miksujemy z resztą składników dolewając po troszku oliwy - tak aby uzyskać gładką masę, którą dobrze się "dziobie" kawałkiem grzanki lub macy. Doprawiami solą, pieprzem i ewentualnie kuminem.
I już!